|
O chłopcach z zespołu
R o b i S h o w
bo ma na imię Robert i robi szoł na scenie.
Zapowiada piosenki, śpiewa i
podgrywa na różnych instrumentach. Jest bardzo miły. Jego kolekcja scenicznych nakryć głowy
stała się już legendą. Jeśli nie występuje w swoim firmowym czerwono zielonoczarnym „cylindrze”
, to jego głowę przyozdabiają inne, czasem na prawdę cudaczne „kapelusze” takie jak: reegowy
beret z dredami, czerwona czapeczka krasnala, rosyjska czapka rewolucjonisty, błękitny hełm
wojskowy z żółtymi gwiazdami przypominającymi logo UE, kask motocyklowy, a także
brak jakiegokolwiek przyozdobienia na głowie i wiele innych.
Robi swoją edukacje muzyczna rozpoczął dość wcześnie, bo wieku pięciu lat, kiedy to po
namowie rodziców zaczął uczęszczać do ogniska muzycznego, by nauczyć się grać na
akordeonie. Następnie w wieku siedmiu lat rozpoczął systematyczną edukację w
Podstawowej Szkole Muzyczne im. Grażyny Bacewicz we Wrocławiu, gdzie po sześciu
latach wytrwałej nauki gry na akordeonie w klasie Pani profesor Anny Swobodzian
i fortepianie pod bacznym okiem Pani profesor Krystyny Popieluch, otrzymał
dyplom i poszedł do domu. Dwa lata pauzował, bo postanowił pauzować. Po dwóch
latach przestał pauzować i założył swój pierwszy zespół - trio wokalne, który
nazwał bardzo ładnie: Poison. Po jednym roku działalności zespół zawiesił
działalność, by powrócić z rozmachem w odmienionym składzie. Do Robiego -
pianino (wtedy posługującego się pseudo Gablota) dołączył nie jaki Klawisz
(gitara), z którym Robi dokonał do dzisiaj zachowanych nagrań trzech utworów. Po
kilku tygodniach działalności, Robi zaproponował udział w zespole nikomu innemu,
tylko swojemu koledze ze szkolnej ławy Doctorowi Doctorowi (gitara oraz
pseudonim Dr Doctor), który wtedy ukrywał się pod pseudonimem Zorrro.
Teraz wszystko ruszyło pełną parą. Doctor zaproponował wprowadzenie do wykonywanej
muzyki ciekawego elementu, którym było wykorzystanie w piosence wiersza dla
dzieci „Mam trzy latka”, co dało podwaliny pod dzisiejszy styl tekstowy pewnego
znanego dzisiaj zespołu, a później para gdzieś uleciała i chłopcy rozeszli się,
ze zwieszonymi głowami po kątach. Po kątach działały różne inne zespoły, do
których dołączał Robi lub sam je zakładał, aż do czasu ponownego spotkania z Dr
Doctorem, który namówił go do powrotu do korzeni, czyli do Poison. Tak też się
stało i tu rozpoczyna się historia zespołu KILERSi.

D r. D o c t o r
ma na imię Wojtek i jest gitarzystą.
Urodził się najwcześniej, bo akurat nie miał nic innego do roboty i jest najstarszy w
zespole, co nie oznacza, że jest stary. Jest równie miły, jak reszta zespołu,
czasem nawet bardziej. Swoją przygodę z muzykę rozpoczął równie wcześnie. Mając
lat trzy i pół rozkręcił na czynniki pierwsze akordeon dziadka Marcina. To
doświadczenie odcisnęło poważne piętno na jego edukacji muzycznej, aż do tego
stopnia, że nie ukończył klasy gitary klasycznej u pana prof. Wątroby. Gitara
klasyczna, nie dawała się rozkręcać, przez co nie była interesująca dla niego. W
przeciwieństwie do gitary elektrycznej, która posiadała mnóstwo śrubek i innych
mechanizmów, którymi można było manipulować do woli. Fascynacja tym instrumentem
trwa u niego do dziś. Z czasem nauczył się nawet na niej grać i wtedy na swojej
drodze życia spotkał ROBIEGO SHOW, który zaproponował mu funkcje gitarzysty w
zawiązującym się właśnie zespole. Ta współpraca trwa do dziś. W wolnych chwilach
Dr Doctor grywa jeszcze w innych zespołach i nagrywa z nimi płyty, bo akurat nie
ma nic innego do roboty. W zespole KILERSI, gra nie tylko na gitarze, ale i
obsługuje jeszcze kilka ciekawych instrumentów, na których nie potrafi za bardzo grać, ale się stara.
M A T R I X
ma na imię Leszek i jest klawiszowcem
Występuje w Kilersach od pierwszego pamiętnego koncertu (31-05-1998).Obsługuje
megatron – urządzenie klawiszowe, które daje zespołowi niepowtarzalny charakter. Matrix jako jedyny, w
przeciwieństwie do wszystkich innych członków zespołu, ukończył z wyróżnieniem,
konserwatorium muzyczne w klasie magistra Wiktora Plejbekiego.
W przeszłości zasilał swoją osobą, jako wokalista, znany wrocławski metalowy
zespół Speed Fire, a następnie jako basista, zespół o zapomnianej dzisiaj nazwie wykonujący muz. reagge.
Jego hobby, to ujeżdżanie skuterów wodnych, wykonywanie spektakularnych popisów kaskaderskich oraz
Aikido. Uwielbia także szybką jazdę samochodem, dlatego pewnych kręgach mówi się na niego „203 na liczniku”.
S h a r P o u l
nie ma imienia i jest perkusistą.
SharPoul jest klasycznym przykładem entuzjasty hałasu. Jego chorobliwe
uzależnienie szczególnie daje się we znaki zespołowym towarzyszą podczas wspólnych między-koncertowych wojaży. W zasadzie cały czas musi w coś pukać,
a pozbawienie go pałek na dłuższą chwilę skutkuje wstrząsem epileptycznym, połączonym z dekompensacją para-psychotyczną.
Muzyczna kariera SharPoula znajduje się na spektakularnej, nikomu nieznanej liście na Sześciu największych nie odkrytych zagadek Wszechświata. Pomimo
licznych dociekań, jak też postmodernistycznych wizji społecznych, właściwie dalej nikt nie wie czym objawia się fenomen oraz splendor Jego hipotetycznej sławy.
Ugruntowaniem Jego zjawiskowej pozycji w showbiznesie są słowa, które po raz pierwszy usłyszał na obozie wędrownym w Krynicy, gdzie jako nastolatek został doceniony
przez Naczelnego Prezesa Klubu Młodzieżowego słowami „Graj Waść, wstydu zaoszczędź!”
Kolejne lata zaowocowały współpracą sidemańską w tysiącu i jednym składzie. Ma na koncie współpracę m.in. z Markiem Radulim, Arturem Lesickim, Leszkiem Cichońskim,
Elvisem Presley’em (wrocławskim) i innymi Elvisami. Ukoronowaniem Jego muzycznej drogi stał się życiowy angaż do supergrupy KILERSi (2008), dla której to nagrał
intermodularną partię perkusji w superprodukcji „BRZECHWA by KILERSi”.
|